Maja Chwalińska
M.Ch.0:00/248.6799791×
M.Ch.0:00/248.6799791×
Sznur przeplatam przez oczka puste. Zaciągam go plotę węzełek wyszła wstążka. Nie tylko dla ozdoby. Tupię butem o podłogę, stopa w nim dobrze leży. Mundur poprawiam gotowy. Nie ma czasu na myśli proste. Rozkaz w szatni wybucha jak granat hukowy: "Ruchy kurwa ruchy. Ogień na polu nie czeka."
Powierzchnia czysta, gładka, ukryta w naczyniu, stoi, a ja czekam. Jej zmiana nie jest nagła, abym mógł ją dostrzec wymaga ode mnie — zatrzymania. Odbijam się w niej jak w lustrze — twarz całkiem młoda. Po upływie myśli i stukotu pięciu palców pojawiają się na powierzchni pierwsze zmarszczki. Przezroczyste kulki już skaczą
Kiedy skwierczy olej, wygłodniałe pyski patrzą. Kiedy wiedzą, że na talerz im nie spadnie, to zabrudzą brudną łapą. A to napis wymalują. A to szybę zbiją. Twój olej dalej skwierczy bo ręce są w pracy, a wygłodniałe pyski no cóż — wciąż stoją i patrzą.
Palcami zdzieram kolorową tapetę, poddaje się też ściana z szarego betonu. Formuję z nich kulkę. Powieki mam zamknięte — widzę przez nie. Następny krok — skok do gwiazd. Wśród galaktyk obłoków odbijam się jak na trampolinie. W ręku wciąż trzymam kulkę. Nagły błysk w oddali. Mrożę oczy, na darmo. Zbliża się on
Góra się unosi, dół opada, wysuwa się ukryty pomiędzy, wilgotny, mięsisty samiec. Po drugiej stronie ta sama scena. tylko to ona. Nie patrzą oboje na biel, która ugryźć ich może. Zmierzają w swoją stronę. Koniec dotyka koniec. Powstał most wilgotny, mięsisty, ruchomy. Tulą się języki.
Lecą w dół kamikadze. Lecą z wysoka. Nie jedna, nie setna, nie miliardowa, niepoliczalna ich ilość. Lecą prosto. Lecą po skosie, ale w dół, zawsze w dół. Pewni siebie. To jest ich występ na panoramicznej scenie. Uderzą w nasze domy, samochody, przypadkowych ludzi. Lepiej schroń się, inaczej staniesz się ich
Odwieczny żar, ale gdzie — we mnie? Odwieczne pragnienie bycia, ale gdzie — tutaj? Odwieczne? Wolę przyziemne? Nie spłonę jak Ikar. Bardziej jak ten malarz uchwycę jego lot. Przyziemne pragnienie głodu wystarczy mi to. Troszczę się o ciało by było na lata. Patrzę na promienie z rozkoszą jak dojrzewający owoc. Dłoń znów
Kopię kopie, kopię kop, każda kopia ma mój kop. I kolejny kop w kopię. To już setna kopia ma mój kop. Nic innego tylko kopie w kopie kop kop kop. Mam już dość ale jeszcze w jedną kopnę kopię kop.
Czarny fryc, ulica, blok. Liże grzebień jego włosy. Maska, noc, idzie krok. Macha ręka do muzyki w takt. Brunet wieczorową porą. Opon pisk, szyby błysk. Ktoś otwiera okno. Beng beng — padł ludzki głos. Opadła bruneta szczęka. Ktoś się zaśmiał. Brunet wieczorową porą wskoczył do auta.
Obracam pokrętło palcami dłoni. Pionowa kreska ruszyła. Głośnik wydobywa z dna trzaski radiowej przestrzeni — szum. Nagle fale łamanych dźwięków złożyły się w głos. "Obrazy wiszą na ścianach daleko od młodych oczu, a te są wpatrzone w obrazy telefonu." Biorę kolejny zakręt. Trzeszczy, szumi, otchłań fal i głos przemówił.
Śmiech, dziecięcy bieg. Wesoły krzyk. Burza w kimś się budzi. Biała rama okienna. Z widokiem na szarość nieba. Żółte zboże wiatr kołysze. Dwie postacie z domu wybiegają. Drzwi za nimi z hukiem się zamykają. Biegną przed siebie. Stają. Lęk i strach potężny w sobie odczuwają. Z siłą dziecięcych dłoni linę
© 2025-2026 Rafał Górecki. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wszystkie teksty, wiersze i utwory muzyczne są chronione prawem autorskim.
Kopiowanie i wykorzystywanie bez zgody autora jest zabronione.
Kontakt: rafal.p.gorecki@vp.pl